Rozdział 1 ( Marisol)
„świat ma tylko dwa piętra
tylko dwa
nieduże
z krążącymi gwiazdami świata
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
dlaczego tak trudno umrzeć?”
Halina Poświatowska
Gdy kolejny raz siedzę przed lustrem, przykładając mokrą chusteczkę do rozciętej wargi, po moich policzkach nie płyną już łzy. Dawno już je wypłakałam. Zresztą na nic mi się teraz nie zdadzą. Może i pozwolą przekuć ból na coś innego, ale także okażą moją słabość. Tutaj nie ma miejsca na niemoc. Tylko ci, którzy potrafią o siebie zadbać, coś znaczą. Ciężko jest być kobietą w tym szowinistycznym środowisku. Do tego niepełnoletnią. Ojciec ma nade mną całkowitą władzę. Nikogo nie obchodzi czy się na mnie wyżyje, gdy się wkurzy, czy nie. Tak jak nikt nie zwróci uwagi, gdy któraś z nas, dziewczyn, zniknie - przecież to takie normalne. Każdy zamyka oczy i uszy na innych. Niektórzy próbują bawić się w donosicieli. Myślą, że takich lubią, tam, za murem. Pragną zamieszkać w mieście i zrobią wszystko by to osiągnąć. Głupcy! Nie wiedzą, że niezależnie od tego co zrobią i ile lat minie, to nas i tak tam nie zechcą. Nie po to wygnali naszych praprzodków, by nas teraz wpuścić. Niektórzy tradycjonaliści tylko czekają na to, by przejąć rządy, a władze nie są głupie i doskonale o tym wiedzą.
Przykładam jeszcze wacik do rozciętego łuku brwiowego i zaciskam zęby, gdy piecze.
– Marisol – słyszę krzyk mojej matki. Podnoszę się ze swojego miejsca i schodzę po schodach. Lepiej się nie ociągać, jeszcze powie ojcu i będzie gorzej. Staję w drzwiach kuchni i opieram się o futrynę. Jest to raczej surowe pomieszczenie, z dużym stołem na środku i wieloma szafkami. Przy ścianie, na sznurku, wiszą suszone kwiaty i zioła. W całym pokoju unosi się ich woń. Na parapecie stoją słoiki z przetworami i misa z jabłkami.
– Chciałaś coś ode mnie? – odzywam się po chwili. Odwraca się i patrzy na mnie z troską.
– Tak, ale teraz widzę, że musisz iść do Lusiny. Niech Ci zszyje tę ranę. Powiedz, że spadłaś ze schodów.
– Trzeci raz w ciągu dwóch tygodni? Wątpię, by uwierzyła, ale pójdę, skoro chcesz.
– Chcę, idź. Musi to zobaczyć – mówi mieszając coś w garnku.
– Ona nie jest lekarzem. Ani pielęgniarką. Tylko samoukiem. Nie uważasz, że to bezsensowne? Co ona zrobi? Nic. Może przy odrobinie szczęścia będzie mieć trochę nici chirurgicznych i zszyje to.
– Może i jest samoukiem, ale coś potrafi i zawsze pomaga. A ty, skoro Ci się marzy pomoc innym i medycyna, ucz się od niej. Niczego lepszego nie dostaniesz. Na uniwersytet nie pójdziesz. – Mówi te gorzkie słowa, a ja czuję jak uderzają we mnie ze zdwojoną siłą. Tylko jej powiedziałam o moich marzeniach, niedoścignionych i zbyt dalekich, bym mogła chociaż myśleć o ich spełnieniu. Z wyrazu jej twarzy widzę, że doskonale sobie zdaje sprawę jak bezdusznie zgasiła tlącą się we mnie, iskierkę nadziei. Spuszczam wzrok i wycofuję się z kuchni. Wolę odpuścić teraz, nim tematem rozmowy stanie się Reina. Ocieram łzę, która mimochodem płynie po moim policzku. Od śmierci mojej siostry minęło dopiero parę tygodni, a wydaje się jakby była to wieczność. Wiem, że nikt nie przejął się tym co się stało. Żyją dalej. To jest chyba ich sposób na życie. Ignorowanie wszystkiego wokół, dbanie tylko o siebie, nie przywiązywanie się do innych. Łatwe i skuteczne, ale nie dla wszystkich.
Wracam do pokoju i jeszcze raz przeglądam się w lustrze. Krew znów zaczęła płynąć, więc ją ocieram i przyklejam plaster, powinien przez chwilę działać. Przebieram poplamioną sukienkę na inną, błękitną, lekko przetartą w niektórych miejscach z postrzępionym dołem, który jest pamiątką po tym jak zaczepiłam się o płot podczas przymusowego zbierania jabłek. Ojciec uważa, że skoro tak uwielbiam owoce to muszę je sama zbierać, a że jestem za niska musiałam stanąć na płocie. Prosiłam by mama ją naprawiła, ale on zabronił. A co pan tego domostwa powie jest święte…
Wychodzę z domu i kieruje się do Lusiny. Po drodze zastanawiam się jakiej wymówki teraz użyć. Wiem, że schody kolejny raz nie przejdą. Zbyt często używam ich jako powód mojego stanu robiąc z siebie łamagę nieumiejącą po nich chodzić. Wpatruję się w ścieżkę, którą idę. Nie chcę, by ktokolwiek zobaczył moją twarz. Lepiej dla mnie. Idę szybkim, zdecydowanym krokiem. Słyszę jak moje znoszone trampki szurają o żwirowe wyścielenie drogi.
– Marisol? – Na mojej drodze staje jeden ze znajomych Reiny, Marco. Podnoszę lekko głowę, by na niego spojrzeć.
– Tak, masz jakiś powód, że mnie zatrzymujesz? – pytam i widzę jak mi się przypatruje. No tak moja twarz.
– Wszystko dobrze? Wyglądasz jakoś niewyraźnie. I twoja twarz, coś się stało? Tak właściwie to chciałem się zapytać czemu ostatnio nie widuję Reiny. – mówi z wyraźną troską w głosie. Jego wzrok mnie pali, znów powracam do wpatrywania się w drogę. Czuję jak gęste i słone łzy napływają mi do oczu. Mrugam gwałtownie, by zapobiec ich uwolnieniu się.
– Wszystko okej. Spadłam ze schodów, nic wielkiego – robię krótką przerwę by sprawdzić czy uwierzył. Muszę zadrzeć głowę do góry, ponieważ jest ode mnie dużo wyższy. – Myślałam, że wiesz. Reina nie żyje – mówię te słowa głośno z pewną goryczą w głosie.
– Jak to nie żyje?
– Po prostu nie żyje. Już od paru tygodni. Mówili, że podeszła za blisko muru. Podobno. Zresztą, co to cię obchodzi. Jesteś facetem, dla ciebie wszystko tutaj jest szalenie proste – mówię i odchodzę. Nie chcę o tym wspominać. Przyśpieszam kroku i już po chwili jestem pod domem Lusiny. Pukam i czekam, aż mi otworzy. Rudowłosa kobieta staje w drzwiach i wystarczy jedno jej spojrzenie na mnie, by wiedziała po co przyszłam.
– Dziecko, co ci się stało? – pyta, wpuszczając mnie do środka.
– Potknęłam się rano, gdy schodziłam ze schodów i zleciałam na dół – mówię. – Mogła by pani to zszyć? – wskazuje na mój łuk brwiowy.
– Wprawdzie nici mi się już kończą, ale mogę pomóc. Potrzebujesz tego. – Każe mi usiąść na krześle i zacisnąć zęby.
Jak najbardziej opóźniam powrót do domu, jednak pamiętam, by pojawić się punktualnie na obiedzie. „Niesubordynacja jest karana Marisol. Pamiętaj! Będziemy się trzymać zasad. Każdy będzie ich przestrzegał. Bez wyjątku. Reina o tym wiedziała, a jednakto zrobiła. Widziałaś jak na tym źle wyszła. Zasady trzeba przestrzegać. Konsekwencje będą wielkie”
Słowa ojca zawsze mnie będą prześladować. Wryły się w moją pamięć, pozostawiając blizny. Głębokie i palące strachem. Czy czuje się jak w więzieniu? Tak bym tego nie nazwała. Tak naprawdę nie wiem. Domem to nie jest, raczej kwaterą do spania i jedzenia. Chodzę do naszej szkoły, gdzie uczą się wszystkie dzieci z rodzin takich jak moja. Ludzi wygnanych za grzechy przodków. Pogardzonych i wyrzuconych po za obręb społeczności. Tworzących swoją małą, toksyczną grupę. Nie wszyscy mają tak jak ja. Niemal każda familia* pogodziła się ze swoim losem. Zostało jednak paru, takich, którzy nadal chcą odwetu i władzy. Moi rodzice do nich należą. Niestety… Bez nich wszystko było by prostsze. A przynajmniej tak mi się wydaje. W szkole uczymy się podstaw i fałszywej historii. Sama się douczam z tego co uda mi się zdobyć czy pożyczać książki. Łaknę wiedzy, jednak nikt nie rozumie tego pragnienia.
Do domu wpadam idealnie na czas, lecz domyślam się, że i tak ojciec mnie obwini, nie wiem jeszcze o co ale coś znajdzie. Jak zwykle. Wchodzę niepewnie do kuchni. Wielkim zdziwieniem dla mnie jest, że przy stole siedzą tylko matka, Miquel i Ricardo, moi dwaj bracia, oraz żona tego drugiego. Nie ma ojca. Czyżby choć raz szczęście się do mnie uśmiechnęło?
– No, no, no kogo tu mamy. Marisol wróciła ze spacerku. Udany chociaż był? – zaczyna Ricardo z sarkastycznym uśmiechem. Ma dwadzieścia pięć lat i żonę, nie chce mu się budować domu więc razem z Cataliną mieszkają u nas. Na ojcowskim garnuszku. Chyba mnie nienawidzi. To Reina była tą którą lubił, ja jestem tylko zakałą i zajmuje pokój, który on mógłby dostać. Miquel posyła mu spojrzenie pełne dezaprobaty.
– Odczep się Ricardo, czym ci Mari zawiniła? Niczym, najeżdżasz na nią bez przyczyny za każdym razem, gdy tylko ją zobaczysz. Odpuść w końcu. To nic nie da – powiedział ze stoickim spokojem.
– Co ty wiesz, co? Dwudziestolatek, który nadal się nie ożenił – zadrwił. – A nasza mała Mari, potrzebuje adwokata? To raczej ty daj spokój. Nie widzisz tego, co ja. Jaka jest podstępna, niby niewinna, a taka zła – wysyczał przez zęby z wrednym uśmieszkiem na ustach.
– Moja narzeczona przynajmniej mnie chce, a twoja żona zaciska zęby i zamyka oczy kiedy ją całujesz, lub dotykasz – odparowuje mu. – Jak śmiesz tak mówić o swojej siostrze? Jedyna jaka ci pozostała! To twoja rodzina.
– Dość! Słyszycie mnie, przestańcie! – krzyknęłam. – Nie wiem co do mnie masz Ricardo, dlaczego mnie tak nienawidzisz. Nie wiem i zapewne się nigdy nie dowiem, jednak dajcie spokój, choć przy posiłku. Miquel, braciszku, dziękuje za twoje słowa, jednak nie chcę byście się kłócili, jesteście braćmi. Mną się nie przejmuj, jego słowa mam gdzieś – mówię i siadam przy stole. Mam nadzieję, że matka nie powie ojcu co tu się stało, bo choć nie byłam w to zamieszana zostałabym uznana za winną. Nawet jeśli zażegnałam spór, a nie go zaogniłam.
– Gdzie ojciec? – pytam po chwili, gdyż cisza, która zapanowała zaczęła mi gwizdać w uszach.
– Musiał zostać dużej w pracy, rano był tak wzburzony, że połowę rzeczy robił za wolno.
– Cóż, że był wzburzony poczułam, i to dotkliwie – mruknęłam i zaczęłam jeść.
Co jakiś czas , średnio dwa razy w miesiącu odpowiedzialni za to ludzie dowożą nam to, czego nie jesteśmy w stanie sami wyprodukować, zapewnić sobie. Moja rodzina twierdzi, że jest to dla nas uwłaczające, ale ja już dawno przestałam im wierzyć. Ciężko mi rozróżnić co jest prawdą, a co kompletną bujdą. Czasami czuję się, jakby zafundowali mi porządne pranie mózgu. Co w sumie może być prawdą. Wygadują głupstwa i bluźnierstwa, które robią z mózgu jajecznicę. Przez całe życie słyszę tylko i wyłącznie ich gadanie o tym jaki to cały świat jest zły, zepsuty i zbliżający się do apokalipsy. Uważają, że tylko i wyłącznie oni są w stanie uchronić go od złego, wprowadzając stare, totalitarne rządy. Dzisiaj ma przybyć transport, którym obiecano przywieść materiały budowlane oraz wskazane książki i coś tam jeszcze.
– Marisol! – z letargu wyrywa mnie głos matki, wstaję z łóżka i idę na dół. W salonie siedzą moi rodzice. Matka coś szyje, a ojciec czyta książkę. Gdy staję w drzwiach obrzuca mnie spojrzeniem, jakby szukał jakiejś skazy.
– Pójdziesz po nasz przydział, parę książek i kilka drobiazgów. Będzie na nazwisko. I do cholery ubierz coś, co jest w jednym kawałku, a nie wystrzępione i wytarte. Mało masz ubrań, że w łachmanach chodzisz?
– Właściwie… mało, nie mam zbyt dużo ubrań, które są w całości i pozwalasz mi nosić je na co dzień – patrzy na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Zaciskam dłonie za plecami.
– Możesz wziąć te Reiny, skoro twierdzisz, że nie masz się w co ubrać, tylko nie przynoś mi wstydu tymi szmatami – drżą mi ręce. Wbiegam po schodach i wpadam do swojego pokoju. Opadam na ziemię i otwieram szafkę. Do oczu napływają mi łzy, gdy je widzę, ubrania mojej kochanej starszej siostry. Nie wiem czy jestem w stanie je wziąć i tak po prostu założyć. Wyciągam jasno zieloną sukienkę z trzy czwartym rękawem. Jest ciepło więc jest to najlepszy wybór. Nakładam ją na siebie i staję przed lustrem. Ubrana w jej sukienkę czuję się dziwnie, ale zarazem jakby ona tu była, stała obok…
*rodzina
--------------
Cześć! Jak ten czas od dodania prologu szybko minął. Za szybko jak dla mnie. Dziękuje za wszystkie komentarze pod prologiem..
Betowała : Wiktoria
Kolejny rozdział 09.04 - późno wiem, ale tydzień wcześniej mam coś po planowane i nie dam rady.
Jestem ciekawa jak wam się podoba rozdział? Nie za nudny? Czekam na wasze opinie.
Pozdrawiam :*
PaKi
Tu bedzie komentarz... Tylko przypomnij, Oki?
OdpowiedzUsuńNo i jestem!
UsuńZabij mnie przypominałaś mi ostatnio, a ja i tak zapomniałam. Ale jestem chora, mam czas na długi komentarz XD
Na początek muszę powiedzieć, że jak na Ciebie do dość krótki ten rozdział, ale spoooooko nie musisz mówić. Liceum dużo nauki itd.
Ogólnie bardzo podoba mi się to opowiadanie i mówiłam Ci to już często.
Po za tym nie mogę się już doczekać, aż pojawi się rozdział z perspektywy Christophera, albo chociaż on w rozdziale, ale oczywiście nie, bo PaKi musi budować napięcie i sprawić żeby biedni czytelnicy nie mogli spać po nocach tylko myśleć o tym kim on jest i kiedy on raczy ruszyć tyłek i pojawić się na kartach tej internetowej historii.
Co ja jeszcze mogę powiedzieć?
Rozdział jest ciekawy i fajny (nie, nie fajny, fajny przecież nic nie znaczy). Nie ma błędów, ale to zawdzięczamy becie (ale nie będę się wypowiadać, bo sama robię dużo błędów i narzekam, że nie szukałam bety).
Hmmm.... Nie mam o czym mówić, a obiecałam długi komentarz....
Wgl słucham sb Coldplay
And dreamed of
Para-para-paradise, Para-para-paradise, Para-para-paradise
Every time she closed her eyes
Po prostu kocham tą piosenkę! <3
Doooobra nie mam już pomysłu.
Tyle powinno wystarczyć.
Czekam na ciąg dalszy (hahaha... EW sobotę i znowu trzeba będzie pisać kolejny komentarz... Albo w maju ci go napiszę...)
Gabrysia M.
Hahahahahaha właśnie zdałam sobie sprawę, że akurat te słowa tej piosenki idealnie pasują do sytuacji Marisol
UsuńNareszcie! :D Długo czekałam na ten rozdział i nareszcie jest :) Jest mega, super, genialny i wgl ;) Oczywiście długi jak to ty potrafisz ;) Czekam na kolejny :D
OdpowiedzUsuń~Princess <3
Dziękuje za komentarz :*
Usuń