Rozdział 2 (
Christopher)
„ciekawość
by wiedzieć
pragnienie
aby znać
pożądanie
by błyszczeć
uporu
aby istnieć
Halina
Poświatowska
Gwar
rozmów huczy mi w uszach na długo po tym jak znajduję się w
cichej klasie. Siedzę na krześle i palcami bębnię w blat szkolnej
ławki. Po chwili do pomieszczenia wchodzi pani profesor Rosser.
Ściąga usta w wąską kreskę i siada przy biurku nauczyciela.
– Wiesz
dlaczego się tutaj znalazłeś? – pyta po chwili wbijając we
mnie wzrok.
– Wiem
– odpowiadam. Milczy nadal wpatrując się we mnie. Chyba rozumiem,
co to oznacza. Mam powiedzieć za co. – Nie stawiłem się na dwóch
pierwszy godzinach.
– Właśnie,
po raz piąty w tym miesiącu. Szkoła nie będzie tego tolerować.
Ja byłam za tym żeby odebrać Ci twoje dopuszczenia i wrócić do
poziomu pierwszego, jednak pani dyrektor najwyraźniej nie chce
zadzierać z twoją ciotką i stwierdziła, że lepsze będą, i
więcej cię nauczą, roboty społeczne.
– Że
co?- Patrzę na nią i mam wrażenie, że zaraz mi powie, że mnie
wkręca i tym razem także obejdzie się bez kary. Jednak ona uparcie
milczy, pisząc coś w swoim notesie.
– Mam
pracować na ulicy? Społecznie i za darmo?
– Nie
na ulicy, ale taż nie będziesz otrzymywał za to wynagrodzenia.
Zaczniesz dzisiaj popołudniu. Pojedziesz wraz z transportem za mur i
zawieziesz tamtym ludziom, to co potrzebują. Po dalsze
obowiązki zgłosisz się jutro, wszystko jasne?
– Nie
mogę dzisiaj po południu. Jestem umówiony! – wstaję ze swojego
miejsca i mierzę ją wzrokiem.
– Nic
mnie to nie obchodzi. Znasz zasady. Żadnego wagarowania. Jeśli się
nie stawisz będziesz mieć kłopoty. To tyle, możesz iść. Do
widzenia – nie odpowiadam jej i wypadam wściekły z klasy
trzaskając drzwiami. Muszę się uspokoić dlatego na kolejne
zajęcia, historię, idę okrężną drogę. Gdy staję w końcu pod
odpowiednią salą biorę głęboki wdech i wchodzę.
– Przepraszam
za spóźnienie panie profesorze, pani Rosser mnie zatrzymała.
– Oczywiście,
zajmij swoje miejsce i nadrób stracony materiał. – mówi
wskazując mi stolik. Siadam przy nim i pogrążam się w swoich
myślach. Nauczyciel nie wymaga zbyt wiele, więc można nie
uważać. Aż mnie trzepie na myśl o dzisiejszym popołudniu. Prace
społeczne? Chyba mają nie po kolei w głowie. W dodatku za co? Za
parę nieobecności! Rygor jak w więzieniu, mam dość. Szkoda, że
nie mogę tak po prostu rzucić szkoły i zacząć żyć na własną
rękę. Z moich rozmyślań wyrywają mnie słowa profesora.
– Na
następnej lekcji porozmawiamy o tym jak było przed obaleniem
monarchii i co aktualnie się dzieje z potomkami dworu królewskiego,
którym udało się wtedy zbiec. Koniec lekcji. – zrywam się z
miejsca i jak najszybciej chcę się wydostać z klasy. Nadal nie
mogę uwierzyć, że mnie ukarali. Wielkie mi halo, dwie opuszczone
lekcje to jeszcze nie tragedia.
Kolejne
zajęcia minęły mi szybko, głównie na przemyśleniach. Aktualnie
powtarzamy materiał do egzaminów o wyższy poziom dopuszczenia.
Wskazują one na jakim etapie opanowaliśmy wiedzę na danym poziomie
i kwalifikują nas do kolejnego lub wracają do poprzedniego. Dawno
temu władze uznały, że będzie to najlepszy sposób na
rozmieszczenie wiedzy. Poziomów jest dwadzieścia, każda praca,
którą podejmiemy po szkole wymaga danej ich liczby. Niektórzy
odpuszczają po połowie i po prostu doskonalą to, czego już się
nauczyli. Ja mam ambicje na uzyskanie przynajmniej osiemnastego.
Aktualnie jestem na piętnastym. Zdaję na szesnasty. Jest to
pokręcony system, ale podobno nie zawodzi, więc nadal nikt go nie
zlikwidował. Podejrzewam, że w domu nie będą zadowoleni. Ich
oczekiwania co do mnie są ogromne. Uważają, że zasługuje by być
kimś wielkim i powinienem robić wszystko, by to osiągnąć. Czyli
tak w skrócie. Uczyć się bardzo dużo, chodzić na wszystkie
lekcje i dodatkowe zajęcia oraz jeszcze raz się uczyć. Skoro oni
są tak wysoko, ja powinienem zajść jeszcze wyżej.
Gdy
wchodzę do domu, widzę jak moi rodzice siedzą w salonie i piją
kawę. Jest to duży pokój, z jedną ścianą przeszkloną, reszta
pomalowana jest na kolor orzechu. Na środku stoi kanapa z białej
skóry, dwa fotele z tym samym obiciem i ciemna ława. Gdy tylko
pojawiam się w zasięgu ich wzroku słyszę:
– Christopher,
pozwól tu na chwilę – po tonie głosu mojego ojca wiem, że nie
ma co protestować, bo nie skończy się to dobrze. Wlokę się
posłusznie do salonu i opadam na fotel.
– Tak,
chciałeś coś ode mnie ojcze?
– Nie
udawaj niewiniątka, dzwoniła do nas pani Rosser i powiedziała, że
nie pojawiłeś się na dwóch pierwszych godzinach i , że ostatnio
coraz częściej Ci się to zdarza. Jak to wytłumaczysz ? – pyta
mnie surowym głosem. Zastanawiam się, czy nie mają jakiś innych
problemów, tylko muszą mi ciągle truć. Mogliby się zainteresować
Melody, moją siostrą. Jej się nie czepiają i dają dużo więcej
swobody, co zważając na to, że jest młodsza jest niesprawiedliwe.
– Nijak.
Tak nie byłem na dwóch pierwszych lekcjach? Coś jeszcze?
– Jak
ty się odzywasz do ojca? – pyta matka, a ja wzruszam ramionami,
mam dość.
– Podobno
szkoła wysyła cię na roboty społeczne. Masz zawieźć towar za
mur. Jak ty to pogodzisz z nauką? Myślę, że dzisiaj będziesz
musiał przesiedzieć nockę by to nadrobić.
– Nie
mam zadania, a na egzamin jestem przygotowany, muszę tylko powtórzyć
niektóre kwestie. Nie będzie konieczne, bym siedział całą noc. –
widzę jak otwiera usta by zaprotestować. – Spokojnie, jestem
dobrze przygotowany, nie zawiodę was. – dodaję, czym chyba ich
trochę ułaskawiam, gdyż pozwalają mi odejść.
– Zawiozę cię na
miejsce zbiórki byś mógł już teraz coś powtórzyć – mówi
jeszcze matka, gdy jestem już przy drzwiach. Wzdycham i kiwam głową
na znak, że się zgadzam, protesty na nic się nie zdają.
Podjeżdżamy
pod spory budynek, na jego podjeździe stoi duże auto, paru mężczyzn
ładuje do nich pudła. Widzę jak obok niego stoi Max, mój
przyjaciel i opiera się o jego pakę. No tak, rano razem ze mną nie
pojawił się na pierwszych lekcjach i pewnie dostał tę samą karę.
Podchodzę do niego by się przywitać.
– Cześć
stary, ty też tutaj?
– No
niestety, teraz to nas załatwili, co? Roboty społeczne, tego
jeszcze nie było. Domyślam się, że twoi rodzice nie byli
zachwyceni, że opuściłeś godziny na których mógłbyś się
nauczyć tylu ważnych rzeczy – mówi naśladując głos mojego
ojca, stara się być poważny, jednak widzę, że chce mu się
śmiać. Mi zresztą też.
– Ej
wy tam! To nie bar, brać się do roboty – krzyczy do nas jakiś
mężczyzna. Chcąc, nie chcąc musimy wziąć się do roboty. Jednak
nie mam zamiaru się przepracowywać. Z tempem ślimaka ładujemy
skrzynie na pakę, tak by tylko wyglądało, że coś robimy. Nigdy
nie natknąłem się na jakiegokolwiek mieszkańca tamtych terenów,
jednak uważam, że gdyby chcieli sami potrafili by o siebie zadbać.
Skoro uciekali niech teraz są samowystarczalni. Wiem, że to nie oni
ale ich przodkowie, ale jednak. Tyle lat żyją za murami, chyba już
coś sobie zorganizowali.
Gdy
wszystko jest zapakowane wsiadamy do aut i kierujemy się w kierunku
bramy. Mimo, że to prace społeczne, które napawają mnie
obrzydzeniem to jednak jestem nieco podekscytowany. Pierwszy raz w
moim życiu wydostanę się z tej betonowej klatki i zobaczę co jest
za nią. Wiem, że pewnie mi się tam nie spodoba. Co jak co, ale
technologię uwielbiam ponad wszystko. Bez niej nie potrafiłbym żyć.
Jednak jest we mnie coś, co mnie ciągnie do poznawania nieznanego.
Czasami zastanawiam się czy nie moglibyśmy ich teraz włączyć do
naszej społeczności. Postępujemy źle trzymając ich tam. Mają
prawo do naprawy swoich błędów i do takiego życia jakie mamy my.
– Chris, żyjesz? – z zamyślenia wyrywa mnie głos Maxa.
– Tak. Zamyśliłem się.
– Dziwnie tak jechać wśród tylu drzew – mówi rozglądając się
po okolicy. Faktycznie w naszym mieście jest parę małych parków z
odrobiną zieleni i tyle. Tylko niektóre domy mają ogródki. A
tutaj jest jej mnóstwo. Drzewa liściaste, iglaste, małe krzewy i
te duże. Jakieś dzikie kwiaty i paprocie porozsiewane
gdzieniegdzie. Wygląda to naprawdę niesamowicie. Las, to tak
wygląda na żywo, lepiej niż na zdjęciach w encyklopediach i
podręcznikach. W porównaniu z naszym betonowym krajobrazem ten jest
niesamowity, taki żywy i kolorowy. Wspaniały.
– Masz rację. Tu jest tak dziwnie, ale chciałbym tutaj mieszkać.
– Po
chwili by Ci się znudziło, młody – mówi do mnie jeden z
pracowników. Mężczyzna ubrany w ciemną flanelową koszulę z
plakietką z imieniem – Frank i wystrzępione przy nogawkach dżinsy.
Jego twarz naznaczona jest wieloma zmarszczkami oraz bliznami na
policzkach. Widać, że jest on raczej z biednej części miasta,
gdyby miał pieniądze zapłacił by sobie za operację odnowy
biologicznej twarzy. Ma pewnie około czterdziestu lat.
– Niby czemu tak uważasz?
– Nie jestem twoim kolegą. Czego was teraz uczą w szkole? Bo na pewno
nie szacunku. Życie w ich wiosce jest nudne i dość prozaiczne.
Młodzież niby się uczy, ale tak naprawdę nikt nie kończy
studiów, więc nie są naprawdę wykształceni. Najstarsi
zaszczepiają w młodszych nienawiść do nas. Ich życie to jedna
wielka rutyna. Jest wśród nich coraz mniej młodych ludzi i nie
pokazują się, gdy przyjeżdżamy. To całkiem inny świat. Dziwny. – mówi i odwraca się od nas. Chyba mu nie wierzę. Nie może być
tam aż tak źle. Przecież dowozimy im mnóstwo rzeczy. Książki,
podręczniki i inne pomoce naukowe. Mają fabrykę, w której
pracują. Swoje sady i pola.
– Nie może być tak źle – moje myśli wypowiada na głos Max, lecz
Frank mu nie opowiada.
– Zobaczymy to się przekonamy. Ale dla mnie to i tak dziwne. – mówię.
Milczymy przez resztę drogi. Nie jest ona długa. Najpierw wjeżdżamy
na polanę, dalej jest coraz mniej drzew. W końcu znajdujemy się na
okrągłym placu. Jest on otoczony budynkami z czerwonej cegły.
Między nimi biegną uliczki zapewne do dalszej części ich miejsca
zamieszkania.
– Nikogo nie ma – zauważam.
– A
co ty myślałeś? Że to oni będą na nas czekać? Zapomnij, zaraz
się powoli zejdą, pojedynczo – odpowiada mi drugi z mężczyzn.
– Czyli mamy tutaj siedzieć nie wiadomo ile i czekać aż się
łaskawie zjawią? Przecież to bezsensu.
– Z sensem czy bez dzisiaj to twoja robota i
chcesz czy nie musisz ją wykonać bez szemrania. Więc siedź na
dupie i czekaj na ludzi- mówi przez zaciśnięte zęby i wyciąga
gazetę. Po raz kolejny otwarcie nas ignoruje. No pięknie, a te
popołudnie miało jeszcze szansę. Po chwili przychodzi mężczyzna.
Jest wysoki i postawny. Twarz ma zniszczoną i ciemnobrązową.
Ubrany jest dość dobrze w dżinsy, ciemną koszulę i czarne buty.
– Buenas tardes* – zaczyna z cwaniackim uśmiechem. Patrzę na niego
zdziwiony. Hiszpański? Aktualnie nikt się nim nie posługuje.
Wymarł, zastąpił go popularny na całym świecie angielski. Wiemy
jak brzmi i znamy parę słów użytych jednorazowo w podręczniku.
To tyle. Hiszpański skończył się tak jak monarchia.
– Dzień dobry – odpowiada Frank przez zaciśnięte zęby. – Imię i
nazwisko.
– **Me llamo Jorge Badillo – widzę jak jego twarz wykrzywia się w
grymasie, gdy tego słucha.
– Młody – zwraca się do mnie – przynieś paczkę.
Niechętnie
wstaję i idę na tył samochodu, by znaleźć przesyłkę.
Przeszukuję je w poszukiwaniu tej opatrzonej nazwiskiem Badillo. W
końcu znajduję. Ciężkie, kartonowe pudło. Biorę je i zanoszę
mężczyźnie. Przypatruje się nam dziwnie po czym odbiera pudło i
podaje kartkę.
– To
na kolejną. Pieniądze jak zwykle na koniec miesiąca – mówi i
odchodzi.
– Dlaczego po hiszpańsku? – pytam się nic nie rozumiejąc.
– Jeszcze nie załapaliście? Nie widzicie jak są zadowoleni używając
języka swoich przodków? Prowokują i czerpią z tego dziką
satysfakcje – Wzruszam ramionami i podchodzę do Maxa, który wyszedł
z samochodu i usiadł kawałek dalej.
–Przerąbane. Całe popołudnie zmarnowane – mówię.
– Cóż chyba następnym razem pomyślimy dwa razy nim zwiejemy z
lekcji – powiedział. – Miałem iść dzisiaj do kina z Alice.
Przecież ona się więcej ze mną nie umówi.
– Przesadzasz stary – naszą rozmowę przerywa pojawienia się
dziewczyny. Idzie jedną z dróżek usilnie wpatrując się w swoje
nogi. Ciemne włosy opadają jej na twarz zasłaniając ją. Ubrana
jest w zieloną sukienkę. Zaciekawieni podchodzimy bliżej samochodu
i tam siadamy. Także dziewczyna zbliża się w tę stronę.
Przystaje i wita się z Frankiem oraz mężczyzną który przyszedł
po swój przydział.
– Dzień dobry – mówi za co zostaje obrzucona
dziwnym spojrzeniem tego drugiego. – Buenas Tardes senior Blanco –
dopowiada szybko. Frank po oddaniu panu Blanco jego własności
zwraca się do dziewczyny na co ta podnosi głowę. Jest ładna,
jednak rozcięta warga i zszyty łuk brwiowy szpecą jej twarz. Dziwi
mnie to. Co się jej mogło stać?
– Nazwisko.
– Marero – mówi. Ma przyjemny ton głosu lecz jakby taki trochę
zastraszony. Widzę jak Frank podnosi brew, gdy widzi jej twarz. Na
co ona się peszy i spuszcza głowę.
– Christopher – słyszę jego ostry głos – przynieś paczkę.- Nie
chętnie spuszczam wzrok z dziewczyny i idę po paczkę.
– Jest ciężka mówię – wręczając ją jej.
– Poradzę sobie. Dziękuję – Widzę jak uginają się pod nią
kolana. Szybko wręcza mi kartkę, pewnie z kolejny zamówieniem i
odchodzi starając się unieść pudło.
*Dzień
Dobry(po obiedzie)
------
Dobry wieczór :D Tak wiem nawaliłam, możecie wieszać na mnie psy. Więcej się to nie powtórzy, obiecuje.
Kolejny rozdział 25.04
Chciałabym poznać wasze opinie na temat tego opowiadania. Co wam się podoba, co nie. Czy w ogóle wam się to podoba?
Chcę coś wyjaśnić. Może nikt na to nie zwróci uwagi ale wolałabym wyjaśnić. W Hiszpanii każdy ma dwa nazwiska : po ojcu i po matce. Ja jednak z tego zrezygnowałam gdyż moja bohaterka żyje w społeczności, która tylko trochę czerpie z kultury Hiszpańskiej. Zresztą podlegają administracji miasta więc muszą się podporządkować, a Ci chcą wyplenić wszystko co Hiszpańskie.
To tyle już nie przynudzam :D
Do napisania
PaKi
Hej, hej!
OdpowiedzUsuńLimit na długie komentarze wyczerpany został ostatnio xd.
Powiem tylko, że bardzo mi sie podoba i już nie mogę się doczekać aż bedzie kolejny post :D.
I takkkkk! W końcu pojawił sie zacny Christopher!
Skończyłam (niestety :( )
OdpowiedzUsuńA więc... Rozdział fajny, nie wiem czy nie fajniejszy niż poprzedni. Dużo dialogów, dobre opisy, łatwo się czyta :). Ogólnie mi się baaardzo podoba, ale brakuje mi takiego czegoś, nie wiem czego, co by sprawiło, że to opowiadanie byłoby idealne.
Trzymam za słowo, za datę kolejnego rozdziału ;)
Moim zdaniem, jakby były dwa nazwiska to można by się było pogubić :/ więc dobrze, że jest jedno :)
Ogólnie i w skrócie: pisz więcej, szybciej i tak genialnie jak teraz (albo jeżeli (nie sądzę) się da to bardziej) ;)
Princess ;*
A, i jakbyś umiała to zmień kolor linków (tych na dole) w szablonie, bo ten się strasznie gryzie z tym fioletem :/
Usuń