poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Rozdział 2


Rozdział 2 ( Christopher)

ciekawość by wiedzieć
pragnienie aby znać
pożądanie by błyszczeć
uporu aby istnieć
Halina Poświatowska

        Gwar rozmów huczy mi w uszach na długo po tym jak znajduję się w cichej klasie. Siedzę na krześle i palcami bębnię w blat szkolnej ławki. Po chwili do pomieszczenia wchodzi pani profesor Rosser. Ściąga usta w wąską kreskę i siada przy biurku nauczyciela.
Wiesz dlaczego się tutaj znalazłeś? – pyta po chwili wbijając we mnie wzrok.
Wiem – odpowiadam. Milczy nadal wpatrując się we mnie. Chyba rozumiem, co to oznacza. Mam powiedzieć za co. – Nie stawiłem się na dwóch pierwszy godzinach.
Właśnie, po raz piąty w tym miesiącu. Szkoła nie będzie tego tolerować. Ja byłam za tym żeby odebrać Ci twoje dopuszczenia i wrócić do poziomu pierwszego, jednak pani dyrektor najwyraźniej nie chce zadzierać z twoją ciotką i stwierdziła, że lepsze będą, i więcej cię nauczą, roboty społeczne.
Że co?- Patrzę na nią i mam wrażenie, że zaraz mi powie, że mnie wkręca i tym razem także obejdzie się bez kary. Jednak ona uparcie milczy, pisząc coś w swoim notesie.
Mam pracować na ulicy? Społecznie i za darmo?
Nie na ulicy, ale taż nie będziesz otrzymywał za to wynagrodzenia. Zaczniesz dzisiaj popołudniu. Pojedziesz wraz z transportem za mur i zawieziesz tamtym ludziom, to co potrzebują. Po dalsze obowiązki zgłosisz się jutro, wszystko jasne?
Nie mogę dzisiaj po południu. Jestem umówiony! – wstaję ze swojego miejsca i mierzę ją wzrokiem.
Nic mnie to nie obchodzi. Znasz zasady. Żadnego wagarowania. Jeśli się nie stawisz będziesz mieć kłopoty. To tyle, możesz iść. Do widzenia – nie odpowiadam jej i wypadam wściekły z klasy trzaskając drzwiami. Muszę się uspokoić dlatego na kolejne zajęcia, historię, idę okrężną drogę. Gdy staję w końcu pod odpowiednią salą biorę głęboki wdech i wchodzę.
Przepraszam za spóźnienie panie profesorze, pani Rosser mnie zatrzymała.
Oczywiście, zajmij swoje miejsce i nadrób stracony materiał. – mówi wskazując mi stolik. Siadam przy nim i pogrążam się w swoich myślach. Nauczyciel nie wymaga zbyt wiele, więc można nie uważać. Aż mnie trzepie na myśl o dzisiejszym popołudniu. Prace społeczne? Chyba mają nie po kolei w głowie. W dodatku za co? Za parę nieobecności! Rygor jak w więzieniu, mam dość. Szkoda, że nie mogę tak po prostu rzucić szkoły i zacząć żyć na własną rękę. Z moich rozmyślań wyrywają mnie słowa profesora.
Na następnej lekcji porozmawiamy o tym jak było przed obaleniem monarchii i co aktualnie się dzieje z potomkami dworu królewskiego, którym udało się wtedy zbiec. Koniec lekcji. – zrywam się z miejsca i jak najszybciej chcę się wydostać z klasy. Nadal nie mogę uwierzyć, że mnie ukarali. Wielkie mi halo, dwie opuszczone lekcje to jeszcze nie tragedia.
        Kolejne zajęcia minęły mi szybko, głównie na przemyśleniach. Aktualnie powtarzamy materiał do egzaminów o wyższy poziom dopuszczenia. Wskazują one na jakim etapie opanowaliśmy wiedzę na danym poziomie i kwalifikują nas do kolejnego lub wracają do poprzedniego. Dawno temu władze uznały, że będzie to najlepszy sposób na rozmieszczenie wiedzy. Poziomów jest dwadzieścia, każda praca, którą podejmiemy po szkole wymaga danej ich liczby. Niektórzy odpuszczają po połowie i po prostu doskonalą to, czego już się nauczyli. Ja mam ambicje na uzyskanie przynajmniej osiemnastego. Aktualnie jestem na piętnastym. Zdaję na szesnasty. Jest to pokręcony system, ale podobno nie zawodzi, więc nadal nikt go nie zlikwidował. Podejrzewam, że w domu nie będą zadowoleni. Ich oczekiwania co do mnie są ogromne. Uważają, że zasługuje by być kimś wielkim i powinienem robić wszystko, by to osiągnąć. Czyli tak w skrócie. Uczyć się bardzo dużo, chodzić na wszystkie lekcje i dodatkowe zajęcia oraz jeszcze raz się uczyć. Skoro oni są tak wysoko, ja powinienem zajść jeszcze wyżej.
      Gdy wchodzę do domu, widzę jak moi rodzice siedzą w salonie i piją kawę. Jest to duży pokój, z jedną ścianą przeszkloną, reszta pomalowana jest na kolor orzechu. Na środku stoi kanapa z białej skóry, dwa fotele z tym samym obiciem i ciemna ława. Gdy tylko pojawiam się w zasięgu ich wzroku słyszę:
Christopher, pozwól tu na chwilę – po tonie głosu mojego ojca wiem, że nie ma co protestować, bo nie skończy się to dobrze. Wlokę się posłusznie do salonu i opadam na fotel.
Tak, chciałeś coś ode mnie ojcze?
Nie udawaj niewiniątka, dzwoniła do nas pani Rosser i powiedziała, że nie pojawiłeś się na dwóch pierwszych godzinach i , że ostatnio coraz częściej Ci się to zdarza. Jak to wytłumaczysz ? – pyta mnie surowym głosem. Zastanawiam się, czy nie mają jakiś innych problemów, tylko muszą mi ciągle truć. Mogliby się zainteresować Melody, moją siostrą. Jej się nie czepiają i dają dużo więcej swobody, co zważając na to, że jest młodsza jest niesprawiedliwe.
Nijak. Tak nie byłem na dwóch pierwszych lekcjach? Coś jeszcze?
Jak ty się odzywasz do ojca? – pyta matka, a ja wzruszam ramionami, mam dość.
Podobno szkoła wysyła cię na roboty społeczne. Masz zawieźć towar za mur. Jak ty to pogodzisz z nauką? Myślę, że dzisiaj będziesz musiał przesiedzieć nockę by to nadrobić.
Nie mam zadania, a na egzamin jestem przygotowany, muszę tylko powtórzyć niektóre kwestie. Nie będzie konieczne, bym siedział całą noc. – widzę jak otwiera usta by zaprotestować. – Spokojnie, jestem dobrze przygotowany, nie zawiodę was. – dodaję, czym chyba ich trochę ułaskawiam, gdyż pozwalają mi odejść.
Zawiozę cię na miejsce zbiórki byś mógł już teraz coś powtórzyć – mówi jeszcze matka, gdy jestem już przy drzwiach. Wzdycham i kiwam głową na znak, że się zgadzam, protesty na nic się nie zdają.
           Podjeżdżamy pod spory budynek, na jego podjeździe stoi duże auto, paru mężczyzn ładuje do nich pudła. Widzę jak obok niego stoi Max, mój przyjaciel i opiera się o jego pakę. No tak, rano razem ze mną nie pojawił się na pierwszych lekcjach i pewnie dostał tę samą karę. Podchodzę do niego by się przywitać.
Cześć stary, ty też tutaj?
No niestety, teraz to nas załatwili, co? Roboty społeczne, tego jeszcze nie było. Domyślam się, że twoi rodzice nie byli zachwyceni, że opuściłeś godziny na których mógłbyś się nauczyć tylu ważnych rzeczy – mówi naśladując głos mojego ojca, stara się być poważny, jednak widzę, że chce mu się śmiać. Mi zresztą też.
– Ej wy tam! To nie bar, brać się do roboty – krzyczy do nas jakiś mężczyzna. Chcąc, nie chcąc musimy wziąć się do roboty. Jednak nie mam zamiaru się przepracowywać. Z tempem ślimaka ładujemy skrzynie na pakę, tak by tylko wyglądało, że coś robimy. Nigdy nie natknąłem się na jakiegokolwiek mieszkańca tamtych terenów, jednak uważam, że gdyby chcieli sami potrafili by o siebie zadbać. Skoro uciekali niech teraz są samowystarczalni. Wiem, że to nie oni ale ich przodkowie, ale jednak. Tyle lat żyją za murami, chyba już coś sobie zorganizowali.
Gdy wszystko jest zapakowane wsiadamy do aut i kierujemy się w kierunku bramy. Mimo, że to prace społeczne, które napawają mnie obrzydzeniem to jednak jestem nieco podekscytowany. Pierwszy raz w moim życiu wydostanę się z tej betonowej klatki i zobaczę co jest za nią. Wiem, że pewnie mi się tam nie spodoba. Co jak co, ale technologię uwielbiam ponad wszystko. Bez niej nie potrafiłbym żyć. Jednak jest we mnie coś, co mnie ciągnie do poznawania nieznanego. Czasami zastanawiam się czy nie moglibyśmy ich teraz włączyć do naszej społeczności. Postępujemy źle trzymając ich tam. Mają prawo do naprawy swoich błędów i do takiego życia jakie mamy my.
– Chris, żyjesz? – z zamyślenia wyrywa mnie głos Maxa.
– Tak. Zamyśliłem się.
– Dziwnie tak jechać wśród tylu drzew – mówi rozglądając się po okolicy. Faktycznie w naszym mieście jest parę małych parków z odrobiną zieleni i tyle. Tylko niektóre domy mają ogródki. A tutaj jest jej mnóstwo. Drzewa liściaste, iglaste, małe krzewy i te duże. Jakieś dzikie kwiaty i paprocie porozsiewane gdzieniegdzie. Wygląda to naprawdę niesamowicie. Las, to tak wygląda na żywo, lepiej niż na zdjęciach w encyklopediach i podręcznikach. W porównaniu z naszym betonowym krajobrazem ten jest niesamowity, taki żywy i kolorowy. Wspaniały.
– Masz rację. Tu jest tak dziwnie, ale chciałbym tutaj mieszkać.
– Po chwili by Ci się znudziło, młody – mówi do mnie jeden z pracowników. Mężczyzna ubrany w ciemną flanelową koszulę z plakietką z imieniem – Frank i wystrzępione przy nogawkach dżinsy. Jego twarz naznaczona jest wieloma zmarszczkami oraz bliznami na policzkach. Widać, że jest on raczej z biednej części miasta, gdyby miał pieniądze zapłacił by sobie za operację odnowy biologicznej twarzy. Ma pewnie około czterdziestu lat.
– Niby czemu tak uważasz?
– Nie jestem twoim kolegą. Czego was teraz uczą w szkole? Bo na pewno nie szacunku. Życie w ich wiosce jest nudne i dość prozaiczne. Młodzież niby się uczy, ale tak naprawdę nikt nie kończy studiów, więc nie są naprawdę wykształceni. Najstarsi zaszczepiają w młodszych nienawiść do nas. Ich życie to jedna wielka rutyna. Jest wśród nich coraz mniej młodych ludzi i nie pokazują się, gdy przyjeżdżamy. To całkiem inny świat. Dziwny. – mówi i odwraca się od nas. Chyba mu nie wierzę. Nie może być tam aż tak źle. Przecież dowozimy im mnóstwo rzeczy. Książki, podręczniki i inne pomoce naukowe. Mają fabrykę, w której pracują. Swoje sady i pola.
– Nie może być tak źle – moje myśli wypowiada na głos Max, lecz Frank mu nie opowiada.
– Zobaczymy to się przekonamy. Ale dla mnie to i tak dziwne. – mówię. Milczymy przez resztę drogi. Nie jest ona długa. Najpierw wjeżdżamy na polanę, dalej jest coraz mniej drzew. W końcu znajdujemy się na okrągłym placu. Jest on otoczony budynkami z czerwonej cegły. Między nimi biegną uliczki zapewne do dalszej części ich miejsca zamieszkania.
– Nikogo nie ma – zauważam.
– A co ty myślałeś? Że to oni będą na nas czekać? Zapomnij, zaraz się powoli zejdą, pojedynczo – odpowiada mi drugi z mężczyzn.
– Czyli mamy tutaj siedzieć nie wiadomo ile i czekać aż się łaskawie zjawią? Przecież to bezsensu.
– Z sensem czy bez dzisiaj to twoja robota i chcesz czy nie musisz ją wykonać bez szemrania. Więc siedź na dupie i czekaj na ludzi- mówi przez zaciśnięte zęby i wyciąga gazetę. Po raz kolejny otwarcie nas ignoruje. No pięknie, a te popołudnie miało jeszcze szansę. Po chwili przychodzi mężczyzna. Jest wysoki i postawny. Twarz ma zniszczoną i ciemnobrązową. Ubrany jest dość dobrze w dżinsy, ciemną koszulę i czarne buty.
– Buenas tardes* – zaczyna z cwaniackim uśmiechem. Patrzę na niego zdziwiony. Hiszpański? Aktualnie nikt się nim nie posługuje. Wymarł, zastąpił go popularny na całym świecie angielski. Wiemy jak brzmi i znamy parę słów użytych jednorazowo w podręczniku. To tyle. Hiszpański skończył się tak jak monarchia.
– Dzień dobry – odpowiada Frank przez zaciśnięte zęby. – Imię i nazwisko.
– **Me llamo Jorge Badillo – widzę jak jego twarz wykrzywia się w grymasie, gdy tego słucha.
– Młody – zwraca się do mnie – przynieś paczkę.
Niechętnie wstaję i idę na tył samochodu, by znaleźć przesyłkę. Przeszukuję je w poszukiwaniu tej opatrzonej nazwiskiem Badillo. W końcu znajduję. Ciężkie, kartonowe pudło. Biorę je i zanoszę mężczyźnie. Przypatruje się nam dziwnie po czym odbiera pudło i podaje kartkę.
– To na kolejną. Pieniądze jak zwykle na koniec miesiąca – mówi i odchodzi.
– Dlaczego po hiszpańsku? –  pytam się nic nie rozumiejąc.
– Jeszcze nie załapaliście? Nie widzicie jak są zadowoleni używając języka swoich przodków? Prowokują i czerpią z tego dziką satysfakcje – Wzruszam ramionami i podchodzę do Maxa, który wyszedł z samochodu i usiadł kawałek dalej.
–Przerąbane. Całe popołudnie zmarnowane – mówię.
– Cóż chyba następnym razem pomyślimy dwa razy nim zwiejemy z lekcji – powiedział. – Miałem iść dzisiaj do kina z Alice. Przecież ona się więcej ze mną nie umówi.
– Przesadzasz stary – naszą rozmowę przerywa pojawienia się dziewczyny. Idzie jedną z dróżek usilnie wpatrując się w swoje nogi. Ciemne włosy opadają jej na twarz zasłaniając ją. Ubrana jest w zieloną sukienkę. Zaciekawieni podchodzimy bliżej samochodu i tam siadamy. Także dziewczyna zbliża się w tę stronę. Przystaje i wita się z Frankiem oraz mężczyzną który przyszedł po swój przydział.
– Dzień dobry – mówi za co zostaje obrzucona dziwnym spojrzeniem tego drugiego. – Buenas Tardes senior Blanco – dopowiada szybko. Frank po oddaniu panu Blanco jego własności zwraca się do dziewczyny na co ta podnosi głowę. Jest ładna, jednak rozcięta warga i zszyty łuk brwiowy szpecą jej twarz. Dziwi mnie to. Co się jej mogło stać?
– Nazwisko.
– Marero – mówi. Ma przyjemny ton głosu lecz jakby taki trochę zastraszony. Widzę jak Frank podnosi brew, gdy widzi jej twarz. Na co ona się peszy i spuszcza głowę.
– Christopher – słyszę jego ostry głos – przynieś paczkę.- Nie chętnie spuszczam wzrok z dziewczyny i idę po paczkę.
– Jest ciężka mówię – wręczając ją jej.
– Poradzę sobie. Dziękuję – Widzę jak uginają się pod nią kolana. Szybko wręcza mi kartkę, pewnie z kolejny zamówieniem i odchodzi starając się unieść pudło.

*Dzień Dobry(po obiedzie)
** Nazywam się Jorge Badillo

------
        Dobry wieczór :D Tak wiem nawaliłam, możecie wieszać na mnie psy. Więcej się to nie powtórzy, obiecuje. 
Kolejny rozdział 25.04
Chciałabym poznać wasze opinie na temat tego opowiadania. Co wam się podoba, co nie. Czy w ogóle wam się to podoba?
Chcę coś wyjaśnić. Może nikt na to nie zwróci uwagi ale wolałabym wyjaśnić. W Hiszpanii każdy ma dwa nazwiska : po ojcu i po matce. Ja jednak z tego zrezygnowałam gdyż moja bohaterka żyje w społeczności, która tylko trochę czerpie z kultury Hiszpańskiej. Zresztą podlegają administracji miasta więc muszą się podporządkować, a Ci chcą wyplenić wszystko co Hiszpańskie.
To tyle już nie przynudzam :D
Do napisania
PaKi


3 komentarze:

  1. Hej, hej!
    Limit na długie komentarze wyczerpany został ostatnio xd.
    Powiem tylko, że bardzo mi sie podoba i już nie mogę się doczekać aż bedzie kolejny post :D.
    I takkkkk! W końcu pojawił sie zacny Christopher!

    OdpowiedzUsuń
  2. Skończyłam (niestety :( )
    A więc... Rozdział fajny, nie wiem czy nie fajniejszy niż poprzedni. Dużo dialogów, dobre opisy, łatwo się czyta :). Ogólnie mi się baaardzo podoba, ale brakuje mi takiego czegoś, nie wiem czego, co by sprawiło, że to opowiadanie byłoby idealne.
    Trzymam za słowo, za datę kolejnego rozdziału ;)
    Moim zdaniem, jakby były dwa nazwiska to można by się było pogubić :/ więc dobrze, że jest jedno :)
    Ogólnie i w skrócie: pisz więcej, szybciej i tak genialnie jak teraz (albo jeżeli (nie sądzę) się da to bardziej) ;)
    Princess ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, i jakbyś umiała to zmień kolor linków (tych na dole) w szablonie, bo ten się strasznie gryzie z tym fioletem :/

      Usuń

Cześć :D
Jeśli przeczytałeś nowy post bardzo proszę o komentarz. Dla ciebie to chwila, a dla mnie wielki zastrzyk weny i chęci do pisania.
Za każdy komentarz z góry dziękuje :D